Z drogi śledzie, władza jedzie.

Drukuj

W kwestii wypadku Beaty Szydło jest nieważne czy była gdzieś linia ciągła czy przerywana. Nie jest również istotne to jakie incydenty zdarzały się w przeszłości. W tej sprawie należy postawić sobie pytanie czemu politycy nagminnie korzystają z przywileju zaplanowanego na przypadek zagrożeń lub naprawdę znaczących opóźnień przed ważnym spotkaniem. Odpowiedź jest zasadniczo prosta – bo mogą.

W Polsce wciąż za piastowanym stanowiskiem ciągną się przywileje. Kiedyś przez to zjawisko upadła I Rzeczpospolita, dzisiaj syndrom ten charakteryzuje wszystkie młode demokracje o przeszłości komunistycznej. To bez różnicy czy prezydent Wrocławia w świetle fleszy wjeżdża na rynek rowerem choć na co dzień rowerzyści karani są tam mandatem, to bez różnicy czy do Sikorskiemu BOR podrzuca pizze, a Macierewicza wozi z zawrotnymi prędkościami. Nie możemy pozwolić politykom rozgrywać tej sytuacji jako konfliktu politycznego stawiając się po jednej czy drugiej stronie.  Masowe wypadki rządowych pojazdów to nie kwestia pecha tej czy innej ekipy, a tego, że naszej państwowości bliżej do wschodnich standardów w której władzy po prostu wolno więcej. Pytanie czy my demokraci możemy na to pozwalać jest chyba pytaniem retorycznym. Tutaj stroną jesteśmy my obywatele od których władza oczekuje pewnych zachowań, a drugą Ci, którzy spośród niej się do tych obowiązków sami nie stosują.

Czytaj również